Aktualności / Outsiderzy architektury

Outsiderzy architektury

Rozmowa z Iwoną Wilczek i Mariuszem Tenczyńskim z pracowni db2 architekci, którzy zdobyli II nagrodę w XX edycji konkursu „Polski Cement w Architekturze” za projekt domu jednorodzinnego.

 

– Kim są ludzie, którzy zaryzykowali i zamówili u Was projekt domu wyłącznie z betonu i szkła?

Mariusz Tenczyński
Mariusz Tenczyński
Iwona Wilczek
Iwona Wilczek

Mariusz Tenczyński: – Nasze spotkania z inwestorami zwykle zaczynają się od tego, że pokazujemy im ciekawe współczesne budynki, o których istnieniu nie mieli pojęcia. Tym razem było inaczej. Inwestorzy przyszli do nas, mając za sobą kilka miesięcy edukacji architektonicznej, sporą wiedzę i dokładne wyobrażenie tego, czego chcą. Dużo czasu spędzają na podróżach po Europie, gdzie oglądają współczesne – również betonowe – realizacje. Zbierają i czytają magazyny architektoniczne, odwiedzają targi, znają trendy. Najciekawsze jest to, że sami zaproponowali beton jako materiał. Propozycja nie wyszła od nas, tylko od nich. Od pierwszego spotkania mieliśmy wrażenie, że pracujemy z kimś wyjątkowym, a dalej było tylko lepiej. Zmierzam do tego, że nasi inwestorzy są świadomymi i mądrymi ludźmi, którzy nam zaufali. Praca z kimś takim niesamowicie mobilizuje.

Iwona Wilczek: – Niestety, najczęściej jest tak, że ludzie, którzy planują postawić dom dla siebie, próbują realizować marzenia i pomysły przywiezione z podróży, czasem marzenia z dzieciństwa. Te wyobrażenia nie mają często żadnego związku z ukształtowaniem terenu czy działką, na której dom ma stanąć. Wybiera się projekty gotowe, nie zwracając uwagi na charakterystyczne cechy architektury regionalnej, specyfikę działki czy strony świata. To jeden z podstawowych problemów z budowaniem w Polsce. Naszą rolą jest kształtowanie przestrzeni w sposób rozsądny, niezależnie od tego, czy odwołujemy się do tradycji budownictwa śląskiego, czy stawiamy bardzo współczesny dom z betonu z płaskim dachem.

 

– Mam wrażenie, że zaprojektowany przez Państwa dom musiał kosztować majątek.

MT: – Dla mnie jest to zwyczajny dom dla czteroosobowej rodziny, która go zbudowała w cenie dwóch domów katalogowych, jakie stawia się bez współpracy z architektem. Taka jest prawda. Nasi inwestorzy bardzo dobrze wydali pieniądze. W Polsce jest przeświadczenie, że architekt to ktoś, kto ma załatwić pozwolenie na budowę i na tym jego rola się kończy. Dalej samo się zrobi. Tymczasem gdyby nasi inwestorzy chcieli zbudować podobny dom bez współpracy z architektem, koszt byłby trzy razy większy. Jestem o tym przekonany. Projekt indywidualny opiera się na indywidualnym podejściu i rozwiązywaniu wszystkich problemów na papierze – to tutaj są oszczędności. Dokumentacja, która trafia na budowę, jest realizowana bez zmian generujących koszty i wydłużających czas trwania inwestycji.

 

Dom pod Opolem
Dom pod Opolem

IW: – Chciałabym, żeby właściwie została zrozumiana nasza rola: dobry architekt potrafi w ciekawy sposób zaaranżować przestrzeń do życia. W taki sposób, żeby życie w domu było przyjemnością, a nie funkcjonalnym kompromisem. I żeby było w pewien sposób wyjątkowe. Bardzo brakuje w naszym kraju podstaw edukacji estetycznej i architektonicznej. Pośpiech, brak świadomości, może dobrych wzorców zmuszają ludzi do rozwiązań przypadkowych i tymczasowych, które funkcjonują latami. Dom tak naprawdę nie jest kwestią jedynie budżetu, współpraca z architektem może przynieść o wiele więcej korzyści niż sama kosztuje.

MT: – Podam przykład. Na początku naszej wspólnej pracy robiliśmy projekt dla kolegi. Równocześnie jego znajoma budowała katalogowy dom o tej samej powierzchni, w tym samym czasie obydwoje zaciągnęli kredyty na ten cel. U nas w biurze powstawała koncepcja, uzgadnialiśmy projekt, kolejne spotkania bardzo powoli zmierzały do finału, ale dom był ciągle jedynie na papierze. Koleżanka szybko uzyskała wszystkie pozwolenia i zaczęła budowę. Na etapie, gdy miała gotowy parter, my dalej pracowaliśmy na papierze. U niej rolę architekta odgrywał majster. Kolega słyszał drwiny „nie dość, że im płacisz za projekt, to jeszcze nic nie masz, a ja buduję”. Gdy w końcu wystartowaliśmy z budową, wszystko szło sprawnie i szybko „dogoniliśmy” dom koleżanki na etapie stanu surowego otwartego. U nas nie było zmian, bardzo sprytnie zaoszczędziliśmy na materiałach budowlanych, ona wprowadzała dużo poprawek w układzie ścian, realizowanych już na budowie. Zaczęliśmy liczyć i okazało się, że na sam stan surowy wydała o 100 tys. więcej niż nasz inwestor. To były czasy, gdy dom budowało się za ok. 400 tys. Nasz kolega mógł się śmiać, że projekt od nas miał w takim razie za darmo.

null

 

– Nigdy dość powtarzania, że architekci istnieją po to, żeby nam pomóc, nie po to, żeby zaszkodzić.

MT: – Zaprojektowaliśmy wiele domów. Najważniejsze jest dla nas zrozumienie przyszłych mieszkańców. Uczciwość zawodowa wymaga, aby wyjaśniać, że niektóre rzeczy, o jakich marzy inwestor, nie będą dobre na przykład ze względu na kształt działki albo rozmiar. W pracy projektowej zawsze szukamy argumentów, żeby przekonywać do rozwiązań. Żyjemy architekturą na co dzień, to jest nasz zawód, pewne problemy wyprzedzamy. Nie jesteśmy bierni, mamy odwagę coś proponować i najczęściej od tego momentu zaczyna się poważna rozmowa, bo ludzie zaczynają nam ufać. Widzą, że to wypływa z naszego doświadczenia. Jeżeli przychodzi do nas człowiek i mówi, że ma mały budżet, to nie jest to powód, żeby rezygnować z ciekawych pomysłów – wręcz przeciwnie – to wyzwanie.

 

null

– Czego się dowiedzieliście o naturze betonu, pracując nad domem?

MT: – Przede wszystkim gdy stosujemy beton, to nie zakrywamy go, nie malujemy, nie upiększamy. Pokazujemy taki, jaki jest naprawdę. Dużo podróżujemy, oglądamy różne budynki. Powiem szczerze, że chciałbym kiedyś osiągnąć na naszej budowie taki poziom wykonawstwa, jaki widziałem w realizacjach Petera Zumthora. To, co widziałem w Bregencji, jest wyjątkowe. Inwestor domu betonowego, powtórzę jeszcze raz, jest niesamowity. Nie każdy byłby w stanie przeżyć coś takiego, przez kilka lat pilnować budowy, dbać o każdy drobiazg. Równocześnie wszyscy mieliśmy świadomość, że beton nie jest fototapetą. Nie da się go zrobić idealnie. Beton jest żywy w każdym fragmencie tego budynku. Czy trafi się nam jeszcze kiedyś klient, który zrozumie naturę betonu i nie będzie oczekiwał idealnych powierzchni? Nie wiem.

IW: – Trudności wychodzą w drobiazgach. Nie pamiętam, ile razy trzeba było tłumaczyć robotnikom, żeby nie opierali drabin o ściany, nie rysowali, nie robili notatek na murach. Proszę mi wierzyć, powtarzaliśmy to wielokrotnie i do znudzenia, bo nie mogli pojąć, że ściany nie będą już niczym innym pokryte. Beton w tym domu jest piękny, na parterze zestawiony z blachą ciemnografitową walcowaną na gorąco, na piętrze z ciemnym drewnem.

 

– Zastanawia mnie tylko, czy taki wyśrubowany minimalizm środków jest zgodny z ludzką naturą. Czy człowiek dobrze się czuje we wnętrzu tak ascetycznym, że przesunięcie filiżanki na stole nagle zaburza ład przestrzenny…?

MT: – Nasza architektura nie jest laboratoryjna ani sterylna! Dla mnie najciekawsze jest to, co ludzie robią z naszymi budynkami, jak w nich żyją. To jest fantastyczne. To jest też lekcja dla nas, architektów, żeby wyprzedzić i przewidzieć pewne scenariusze w życiu. Dobrze zaprojektowany dom może być zabałaganiony i nic nie traci. To jest życie, nie laboratorium.

IW: – Atmosfera w betonowym domu jest nieformalna, wnętrza nie onieśmielają. Jesteśmy tam czasem gośćmi i czujemy się swobodnie. Akurat beton ma tę właściwość – i to jest niesamowite – że nie sprawia wrażenia sztuczności. Ściany mają zróżnicowaną fakturę i sama obserwacja gry światła na tych powierzchniach może przykuć uwagę na długo. Wbrew pozorom w tym domu poza betonem jest dużo innych materiałów, miękkich tkanin czy dywanów. Woda, która otacza budynek z dwóch stron, tworzy niesamowity mikroklimat, mieni się w słońcu, również nawilża powietrze. Zwłaszcza wieczorna atmosfera, związana z wyciszeniem i innym oświetleniem wnętrz to bardziej klimat wakacji, nie laboratorium. Tam się toczy normalne życie rodzinne – tylko w innych ramach.

MT: – Dzieci są najlepszym testerem, a czują się tam wspaniale. Nieraz pod domem parkuje kilka, kilkanaście rowerów. Ja w tym domu czuję się, jakbym siedział w ogrodzie, dosłownie. Po rozsunięciu sześciometrowego okna na taras znika ostatnia bariera między światem wewnętrznym i zewnętrznym.

Zespół hotelowo-parkowy pod Warszawą
Zespół hotelowo-parkowy pod Warszawą

 

– Całkowite przeszklenie parteru, bez śladu ścian czy słupów, rzeczywiście działa na wyobraźnię. Skąd pomysł?

IW: – W naszych domach od zawsze stosujemy duże okna – od pierwszego projektu. Ten pierwszy dom był współczesną wersją śląskiej stodoły, długi na 18 m, szeroki na 9 m. Dach był dwuspadowy, natomiast całe 18 m od ogrodu było jednym wielkim przeszkleniem. Wtedy poznaliśmy się ze stolarzem spod Opola, mamy w regionie wielu świetnych fachowców. Zrobienie tak wielkiego przeszklenia potraktował jako wyzwanie i do dziś to świetnie działa. Proszę sobie wyobrazić zdziwienie sąsiadów, którzy obok stawiają domy typowe, gdzie okna są bardzo małe, a my szalejemy i robimy przeszklenie 18 m na 2,5 m. W polskim klimacie najtrudniejszy czas jest od później jesieni do wczesnej wiosny, może dłużej, jest wtedy bardzo ciemno. Okna w okresie niedoboru światła zapewniają piękne doświetlenie wnętrz. W każdym naszym projekcie to się sprawdza. Właścicielka tego pierwszego domu powiedziała nam kiedyś, że gdy odwiedza znajomych w ich domach, to źle się czuje, bo brakuje jej światła.

 

– Skąd się wywodzicie?

MT: – Spotkaliśmy się parę lat po studiach, ja miałem szczęście i trafiłem do świetniej opolskiej pracowni M. i A. Domicz, Iwona przyszła tam na praktyki. Zrobiliśmy wspólnie konkurs i okazało się, że chcemy ze sobą pracować. Ukończyłem Politechnikę Śląską w Gliwicach i jestem z tego dumny, bo czuję ducha śląskiej architektury. To jest bardzo racjonalne myślenie, proste i czytelne. Trzeba wiedzieć, co i po co się projektuje.

IW: – Mój ojciec był ze Śląska, mama spod Krakowa, zrządzeniem losu wylądowali w Opolu i tu się urodziłam. Studiowałam we Wrocławiu, również w Niemczech, na stypendium, ale świadomie wróciłam do Opola. Spotkaliśmy się w pracowni M. i A. Domicz. Potem zaczęliśmy z Mariuszem własną pracę i do dziś uważam, że to była bardzo dobra decyzja, bo sami decydujemy o sobie i o tym, co robimy.

 

Wnętrze starej hali maszyn
Wnętrze starej hali maszyn

– Są wielkie biura, które robią tak zwany przerób, i bardzo małe pracownie, które funkcjonują w pewnej niszy. Jesteście chyba outsiderami na rynku architektonicznym, trochę z boku głównego nurtu spraw biznesowych.

MT: – Chyba nadal jestem zbuntowany w tym, co robię. Może wybraliśmy trudniejszą drogę. Czujemy, kiedy zlecenie jest wyzwaniem i wtedy nie boimy się go podjąć. Najczęściej po pierwszym, drugim spotkaniu z inwestorem wiemy, czy znajdziemy wspólny język. Byłoby bardzo szkodliwe, też dla nas, podejmowanie się zadania z poczuciem, że nie będzie dobrej współpracy. Zaufanie musi iść z dwóch stron. Raz była sytuacja, że ktoś długo ukrywał przed nami, co naprawdę myśli, i po roku, gdy budowa jeszcze szła w dobrym kierunku, rozstaliśmy się. Wiemy, że o gustach się nie dyskutuje, ale człowieku, dlaczego nie powiedziałeś nam o wszystkim od początku? Zrobiliśmy dla ciebie projekt, pilnowaliśmy ci budowy. W tym momencie inwestor zaczął zmieniać wszystko tak bardzo, że budynek przestał w ogóle przypominać projekt. Uczciwość powinna iść z dwóch stron.

 

– Z jaką tradycją czujecie się związani, pracując w Opolu? Bardziej z modernistyczną czy bardziej z lokalną tradycją budowania?

IW: – Właśnie na Śląsku te rzeczy łączą się z sobą. Nasz budynek Muzeum Wsi Opolskiej stricte wynika z tradycji rozsądnego budowania na Śląsku. Domy mieszkalne to były najczęściej chaty szerokości 7-8 m, kryte dwuspadowym dachem. Co ważne, dach nie wystawał poza ściany, nie było wystającego okapu. Domy miały bardzo prosty rzut i stonowane kolory. Wszystko było pragmatyczne i proste. W miejscowościach wokół Opola takich domów jest dużo. Mówię o tym, ponieważ nasz budynek dla muzeum to większa, ale w gruncie rzeczy nadal chałupa. Szukamy logiki w tym, co robimy. Nasza architektura nie jest agresywna – sami tacy nie jesteśmy jako ludzie. Architektura jest tożsama z naszymi charakterami. Powtarzamy, że w każdym z naszych domów moglibyśmy zamieszkać z przyjemnością. Nie przesadzam, naprawdę tak projektujemy. Nie da się osobistych zapatrywań oddzielić od tego, co się robi dla innych.

 

– Staliście się rozpoznawalni po Nagrodzie Roku dla najlepszej realizacji w Polsce, która w 2008 przypadła właśnie budynkowi Muzeum Wsi Opolskiej.

MT: – Konkurs wygraliśmy pomysłem. Miał powstać nie budynek muzealny, tylko administracyjno-biurowy ze strefą wejściową. Dokładnie zwiedziliśmy obiekty na terenie skansenu i w każdym przewodnik opowiadał coś ciekawego o ich historii. W końcu stało się jasne, że zakładany w konkursie program możemy zmieścić w takiej śląskiej chałupie. Układ starych domów był taki, że składały się z dwóch izb: izby czarniej, izby białej oraz sieni. Izba biała była od święta, dla gości, na chrzciny, wesela, śluby. W izbie czarnej żyło się na co dzień. Świetnie, mamy pomysł. Robimy gigantyczną chałupę, szukamy proporcji na terenie skansenu. Mamy gości, czyli zwiedzających i administrację, czyli domowników. Dla pierwszych jest sień i „izba biała” a dla drugich część biurowa, czyli „izba czarna”. W starych chałupach były jeszcze komory, gdzie przechowywano najcenniejsze rzeczy. W naszym budynku też są „komory”, takie miejsca, gdzie mogą się odbywać spotkania i działalność edukacyjna, bo wiedza jest teraz tym najcenniejszym skarbem, ale się go nie ukrywa, tylko przekazuje dalej.

 

– Oboje uczycie na Politechnice Opolskiej, gdzie działa niewielka katedra architektury.

Muzeum Wsi Opolskiej w Opolu
Muzeum Wsi Opolskiej w Opolu

MT: – Mamy tylko 30-35 studentów, to kameralne studia, wszystkich znamy. Zastanawiam się, na ile jestem w stanie przekazać to, co dla mnie było najważniejsze. A najważniejszą rzecz otrzymałem w szkole w Gliwicach. Zaszczepiono we mnie miłość do zawodu, to po pierwsze, a po drugie – znaczenie świadomego podejmowania decyzji. Rzeczy, które się robi, muszą z czegoś wynikać. Za projektem musi stać wyraźna koncepcja. Budynek opowiada swoją historię. Nauka, jaką dostałem, polegała na tym, że byłem pytany na konsultacjach „czy masz już pomysł?”. Jeżeli nie potrafiłem logicznie wytłumaczyć pomysłu na budynek, prowadzący mówił „przerwij to, siedź i myśl dalej”. I faktycznie, gdy już miałem pomysł, to dalsza praca była oczywista. To samo robię w Opolu. Zaszczepiam pasję do zawodu, ale to się musi stać w każdej głowie indywidualnie. Nie da się nikogo zmusić do pracy twórczej. Jedni mają większe predyspozycje, inni mniejsze. Jeżeli widzę, że student chętnie kontynuuje pracę w domu, dokształca się, interesuje – to jest to, o co chodzi.

IW: – Pamiętam czasy swoich studiów, dużo się od tej pory zmieniło. Dzisiaj studenci oczekują, że wszystko zostanie im podane. Trudno im wytłumaczyć, że studia tak naprawdę polegają na własnej pracy. Przychodzą do nas często po liceach, więc nie mają żadnego przygotowania technicznego. W szybkim tempie muszą przyswoić sobie rysunek architektoniczny. Niektórzy nie wiedzą podstawowych rzeczy, np. co to jest elewacja. Wszystko trzeba wyjaśniać. Czasem boję się zapytać, z czym im się kojarzy architektura, bo słyszę przedziwne rzeczy. Dużo czasu zajmuje nam przestawienie ich na tryb pracy indywidualnej. Staram się tłumaczyć, że architektura to proces, który polega na precyzyjnym ustalaniu pewnych reguł, na układaniu różnych rzeczy w logiczną całość.

 

– Czy macie marzenia związane z architekturą? Jakie zlecenie najchętniej byście przyjęli?

IW: – Zawsze marzyłam, żeby zaprojektować bibliotekę. Dużo czytam, na trasie naszych wycieczek szukam bibliotek, bo to są miejsca, gdzie architekt może dużo zdziałać, zwłaszcza jeśli chodzi o przestrzeń ogólnodostępną. Współczesne biblioteki to najczęściej bardzo ciekawe obiekty architektoniczne. Coraz więcej powstaje ich w Polsce – i dobrze. Szczególnie w małych miejscowościach biblioteka pełni niesamowitą rolę społeczną, jako miejsce, gdzie gromadzą się ludzie i spędzają czas nie tylko na czytaniu. Coraz częściej są to lokalne centra kultury skupiające ludzi w różnym wieku. Jestem fanką tego typu miejsc, zaprojektowanie biblioteki to moje małe marzenie.

MT: – Nie mam marzenia o konkretnym budynku. To, co się dzieje w życiu, powinno być spontaniczne w pewnym sensie. Na nic konkretnego nie czekam. Jeżeli przyjdzie temat, to się go nauczę i zrobię najlepiej, jak umiem. Może czekam na coś, co mnie zaskoczy.

 

– Co uważacie obecnie za najbardziej niebezpieczne zjawisko w architekturze?

IW: – Brak planów miejscowych i brak podstaw formalnych, żeby miasta egzekwowały kształtowanie przestrzeni publicznej. Nie ma w tej chwili możliwości szybkiego reagowania na proces zaśmiecania, zwłaszcza centrów miast, przypadkową architekturą, bez planu i w bezsensowny sposób. Nie ma nad tym kontroli. Inny problem: miasta sprzedają prywatnym inwestorom własne grunty w bardzo cennych lokalizacjach. Tego nie robią miasta na Zachodzie. W Polsce tak, bo nie mają pieniędzy. Jest to polityka krótkowzroczna i szkodliwa. Miasta przestają być własnością mieszkańców, stają się własnością podmiotów gospodarczych. W Opolu też, ale nie chcę ciągnąć tego tematu. Potrzeba świadomej polityki przestrzennej. Konsekwencje takich błędów nie pojawiają się z dnia na dzień, tylko po latach, kiedy są nieodwracalne.

Muzeum Guggenheima w Helsinkach
Muzeum Guggenheima w Helsinkach

 

– A co dobrego dzieje się teraz architekturze?

MT: – Coraz więcej się mówi i pisze o architekturze. Są plebiscyty, ciekawe nagrody, o architekturze jest coraz głośniej. Osoby, które nawet nie interesują się tym specjalnie, potrafią wymienić kilka nowych budynków i coś o nich powiedzieć. To znaczy, że gdzieś te informacje docierają. Brakuje jeszcze, żeby architektura była tematem rozmów zwykłych ludzi. Polska architektura jest już dostrzegana w świecie. Dużo podróżuję, oglądam i widzę, że polscy architekci nie muszą mieć powodów do wstydu. Jesteśmy może biedniejsi, ale nie myślimy gorzej.

IW: – Architektura będzie odbierana bardziej świadomie, gdy stanie się takim tematem jak gotowanie czy taniec. Proszę zauważyć, jak dużo się o nich mówi, jak dużo programów telewizyjnych jest im poświęconych. Dzięki temu bardzo wzrosła świadomość społeczna w tych dziedzinach oraz zainteresowanie nimi.

MT: – W tej chwili kucharz, który odgrzewa jedzenie na starym oleju, dziwi się, że nie ma roboty i traci klientów. W architekturze odgrzewa się projekty na starym oleju, klienci to kupują, a potem wszyscy się dziwią, że jest brzydko.

 

– Dziękuję za rozmowę

Paweł Pięciak 


Galeria Zdjęć